czwartek, 29 grudnia 2011

Nocnik.

Nie chcę zbyt wcześnie wyskakiwać z fanfarami zwycięstwa, ale potomek już drugi dzień z rzędu chodzi w gatkach i siada na nocnik. W pierwszy dzień latał z gołym tyłkiem po domu i po dwóch pokazówkach (czyli zaczyna sikać i bach na nocnik) załapał o co chodzi i siadał sam. Oczywiście za każdym razem trąbiliśmy, klaskaliśmy, zachwycaliśmy się siuśkami i czego to tam jeszcze nie było, a wszystko to we własnym zakresie, bo nocnik sam nie ma wbudowanego mechanizmu dzwoniącego. Dzisiaj natomiast założyliśmy na próbę majtki i najpierw co 3 minuty indagowaliśmy potomka, czy przypadkiem nie chce siku, a potem pozostawiliśmy to przypadkowi. I ZAWOŁAŁ! 
Dlatego też ogłaszam wstępny sukces.

środa, 28 grudnia 2011

Moje grzeczne dziecko.

Tak ostatnio narzekałam, że z Młodym na głowie nie mogę się wyspać... Wygląda na to, że albo przeczytał ten post, albo ma jakieś zdolności, o których mi nie było do tej pory wiadomo, ponieważ zaczął nie tylko przesypiać noce, ale również dawać matce spać do oporu. 
Jak każdy nauczyciel i nie - nauczyciel wie, my nieroby mamy cały tydzień wolnego na święta. Już byłam pogodzona z faktem, że i tak będę musiała wstawać o świcie, bo tak budzi się mój syn, kiedy okazało się, że w ramach bonusu syn pozwala mi spokojnie się wyspać. Budzi się około szóstej, dostaje butlę (wiem, że może w jego wieku to już nie powinien, ale to taki kolejny mój mały grzeszek złej matki) i idzie spać. Potem pewnie wstaje, bo gdy sama się budzę, zastaję  mojego syna ochoczo czytającego bajeczki w łóżeczku albo bawiącego się samochodzikiem albo innym ustrojstwem. A o której to się budzę? Uwaga, uwaga, przed 10 rano!!! 
Dlatego właśnie uważam, że życie jest piękne. 

piątek, 11 listopada 2011

Matki z ojcem rozmowy.

Ponieważ posiadamy z mężem niewybredne poczucie humoru, czasami mają miejsce pewne dziwne między nami rozmowy. Jednak ciepło się zrobiło, kiedy znienacka do tych oświeconych dyskusji dołączył nasz syn.

Ojciec: Gdzie masz obiad?

Ponieważ dopiero co obrałam ziemniaki, oświadczam:

Matka: W dupie.

I tu właśnie ujawnił się nagle skrywany dotąd przez syna talent.

Syn (radośnie): Dupie.

Trzeba zacząć uważać na to, co się mówi.

Życie bez dziecka.

Czasami mam wrażenie, że wszystkie matki, jak jeden mąż, mówią coś, żeby tylko nie wyjść na te złe. Podobnie sprawa ma się z samym faktem posiadania dziecka. Oczywiście, że pamiętają, jak to było dziecka nie mieć, ale przecież teraz jest tak wspaniale, że spanie do południa i całonocne imprezowanie nie umywają się do tego szczęścia, które nas teraz zalewa. A ja oczywiście będę inna.
Nie będę pisać peanów, jak to nam wspaniale teraz z dzieckiem, bo chociaż jest zylion cudownych chwil, których nie zamieniłabym na nic innego, to jest też mnóstwo tych gorszych, kiedy mam ochotę krzyczeć, wyć, rwać włosy z głowy i robić milion innych rzeczy, które nie przystoją Matce Polce :) Wśród kilku najważniejszych wymienić mogę spanie. Jestem zdecydowaną fanką spania. Najlepiej 12 godzin, najlepiej do około 10 rano (jeśli tylko nie idę do pracy, oczywiście). I tu pierwszy zonk. Nie mówię nawet o czasie, kiedy Adam był naprawdę mały, ale nawet teraz, kiedy przesypia całą noc (już od dawna), budzi się około siódmej, najpóźniej ósmej. I, szczerze mówiąc, dobija mnie to. W taki dzień jak dziś to nawet po wielokroć. Zamiast szansy wyspania się, dostaję szansę siedzenia i wpatrywania się w ekran. 
I tu kolejny grzech. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu i ochoty do zabawy z moim synem z samego rana. Ledwo jestem w stanie umyć sobie zęby, a co dopiero turlać się z dwulatkiem. Na szczęście Adam to rozumie i grzecznie bawi się sam ze sobą albo ogląda włączone przeze mnie bajki, ale mimo to wiem, że jest to strasznie niepedagogiczne. 
Druga rzecz, która najbardziej mi doskwiera to czytanie, a właściwie jego brak. Pewnie gdybym jeździła do pracy autobusem czy tramwajem, nie dostrzegałabym tego tak boleśnie, ale aktualnie jest to jeden z moich wielkich problemów. Przed urodzeniem Adama czytałam około jednej książki na tydzień. Zdecydowanie zawyżałam średnią krajową. Teraz jeśli uda mi się przeczytać jedną książkę na miesiąc to jest to dobry miesiąc. Po całym dniu pracy i zabawy z maluchem nie mam na to siły, wieczorem padam na twarz.A w pozostałe pory dnia nie mam czasu, bo albo praca, albo Adam. I tylko jak gdzieś jadę sama (co zdarza się baaaardzo rzadko), mam chwilę czasu i zdecydowanie odżywam, bo nie wyobrażam sobie życia bez książek.
I właśnie dlatego nie będę pisać, jak to mi teraz dobrze i jak nie pamiętam, żeby lepiej było spać do dziesiątej i czytać tony książek, bo tak nie jest. Pamiętam i było mi lepiej pod tymi względami. I bardzo za tym tęsknię.

wtorek, 1 listopada 2011

Alergia, choroby czy może jeszcze inne ustrojstwo...

Adam już od początku przygody ze żłobkiem miał przejścia dotyczące chorób. Tydzień w żłobku, trzy tygodnie w domu. Ponieważ akurat wtedy  był to żłobek prywatny, przestało nam się to opłacać w okolicy listopada, a jednak posyłaliśmy go nadal w nadziei, że coś się zmieni aż do marca. W końcu się poddaliśmy i do września Młody siedział w domu z babcią. W trakcie jego chorowania przerobiliśmy wiele teorii, w której prym wiodła teoria alergii. 
Po wizycie u pani alergolog dowiedziałam się, że Adam na pewno ma alergię na jakiś pokarm i mam zafundować mu dietę eliminacyjną oraz produkt mlekopodobny pod tytułem bebilon pepti. Całe szczęście, że biedak to pił, bo wstrętne to było niemożebnie. Oczywiście dieta eliminacyjna niczego nie dała i niczego nie wykazała, więc cała w skowronkach pobiegłam do pani doktor oznajmić jej, że to żadna alergia jednak. Dowiedziałam się, że nic podobnego, bo on na pewno ma uczulenie pokarmowe i chociaż nie wiadomo na co, to na pewno jest tak, jak ona mówi. No cóż, pożegnałam się z panią doktor i obiecałam sobie solennie, że nigdy już się nie spotkamy. 
Tymczasem Adam od września zaczął chodzić do przedszkola (zespół żłobkowo - przedszkolny, ale już upraszczam sobie życie) i wszystko zaczęło się od nowa. Mogłabym oczywiście przyjąć, że ten typ tak ma i po prostu dużo choruje (tak się zdarza w przedszkolach), jednak wczoraj zaniepokoiła mnie pewna przygoda. Ponieważ Adam zaczął kaszleć niczym dość zaawansowany w chorobie gruźlik, postanowiłam po raz kolejny udać się do lekarza. Pewna, że i tym razem dostaniemy antybiotyk i gotowa bronić organizm mojego dziecka przed kolejną dawką, zrobiłam klasycznego karpika, kiedy pani doktor stwierdziła, że dziecku nic nie jest. NIC. Osłuchowo w porządku, gardło lekko zaczerwienione, a kaszel jak był, tak jest. I już sama nie wiem, o co chodzi. Do przedszkola nie ma przeciwwskazań, ale jestem pewna. że panie w przedszkolu będą na mnie patrzeć, jak na wyrodną matkę, która nie dosyć, że nie chce zostać w domu z chorym dzieckiem (pewnie z chęci zysku), to jeszcze naraża pozostałe dzieci na zarażenie się tą śmiertelną chorobą. 
Dlatego też postanowiłam wrócić do teorii alergii. Tyle że tym razem nie pokarmowej, ale pylenia roślin> Byłam pewna, że to tylko moja wyobraźnia, bo przecież cóż może pylić od września do marca (w tym czasie chorował), ale okazało się, że mogę mieć trochę racji... 
Otóż, jak widać, w tym okresie pylą grzyby (ten dziwny aspergillus to kropidlak), powodujące "np. grzybice skóry, grzybice płuc lub astmę oskrzelową" (Wikipedia). Nie chcę się tu wymądrzać, ale może właśnie jego nieustanne zapalenia oskrzeli, tudzież płuc spowodowane są właśnie tym sympatycznym grzybkiem? Chwytam się brzytwy, ale doprawdy nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby ulżyć mojemu dziecku i nie faszerować go antybiotykami :( 
No i dochodzimy do meritum, czyli jak dowiedzieć się, czy moje przypuszczenia są trafne? Nie wiem, czy dwulatkowi można zrobić badania, które będą choć odrobinę miarodajne (podobno nie). Nie wiem, czy nie zbłaźnię się, rzucając u pani doktor podejrzenie, że może chodzi o grzybki (może o kurz...). Nie lubię ludzi, którzy u wujka google szukają diagnozy na ból palca, ale lekarze z krwi i kości naprawdę nie dają mi żadnej odpowiedzi...
Sama już nie wiem, co mam robić.

sobota, 29 października 2011

Chciałam dobrze.

Taki już mój los, że mi życie kłody pod nogi rzuca. Już od dawna chciałam mieć świeże zioła, a że działki się nie dorobiłam, to pozostał mi parapet kuchenny. I dobrze, bo parapet kuchenny nadaje się do ziół doskonale. Mogą tam sobie stać, rosnąć i pięknie pachnieć. Oczywiście że mogą... ale nie u mnie. U mnie mogą tylko i wyłącznie zdechnąć. Właściwie wszystkie posiadane niegdyś w naszym domowym zaciszu przez nas roślinki zeszły do lepszego świata. I było to zupełnie zrozumiałe w momencie, kiedy o nie nie dbałam, bo i takie przypadki się zdarzały. Jednak zupełnym nieporozumieniem jest dla mnie fakt, że moje zabiegi pielęgnacyjne nie mają tu nic do rzeczy. Czy dbam, czy też ignoruję obecność zielska w domu, ono za każdym razem zdycha.
Taka karma, taki lajf. Powinnam się z tym pogodzić. Może to wina tego, że mamy zupełnie nienasłonecznione mieszkanie? Latem to z pewnością cudowne, że można sobie posiedzieć w chłodku, ale brak słońca dla większości roślin jednak jest zabójcza. Tyle że zdarzało  mi się kupować roślinki, które wolą cień, a one i tak nie chciały ze mną współpracować. No i oczywiście, po raz kolejny w jakimś dzikim szale zakupowym postanowiłam, że kupię sobie ziółka, bo one na pewno tym razem przeżyją. A nawet urosną i będą mi służyć w mojej nowej, odchudzonej i zdrowej kuchni (oczywiście nie kuchnia została odchudzona, tylko ja). 
Niestety, okazało się, że i tym razem los nie był mi łaskawy. Po pierwsze, potrawy ze świeżymi ziołami wcale nie wydają mi się lepsze. szczerze powiedziawszy, w ogóle tych ziół nie czuję. Nie wiem, czy to moje spaczone wieloletnimi grzechami kubki smakowe nie chcą już reagować na tak subtelne smaki, czy też trafiły mi się wyjątkowo oporne sztuki. Po drugie, ziółka te nie rosną tak bujnie, jak przewidywała moja o wiele bujniejsza wyobraźnia. W głowie już planowałam, co zrobię z nadmiarem świeżej bazylii i zastanawiałam się, ile rosołu będę musiała ugotować, żeby pietruszka się nie zmarnowała. Tymczasem wszystkie ziółka (mam ich trzy) postanowiły, że sobie nieco opadną. Nie zeszły jeszcze całkowicie, ale obawiam się, że to tylko kwestia czasu. 
Takie moje pieskie szczęście...

wtorek, 25 października 2011

I kolejne słowa.

Nie mogę narzekać na nudę, jeśli chodzi o mojego syna. Jak tylko napisałam, że mówi za mało jak na dwulatka, to on postanowił pokazać mi, że jednak mówi dużo. I tak do naszego słownika doszło:
eka (ręka)
jako (jabłko)
ogi (nogi)
ama (reklama)
odi (samochody)

Z kolei ze słów, o których ostatnio zapomniałam:
buti
liść (bez jaj, mówi dokładnie LIŚĆ) 
auko (auto)
opa
usiu usiu
siusiu (nie woła jeszcze, ale mówi)
bach
łała (kaczka, ale krokodyl też) 

Pewnie zapomniałam o co najmniej kilku innych, ale to już nie ważne.
Patrzę tak na te słowa, z których część może zrozumieć tylko matka :) i tak sobie myślę, że warto by rozpisać jakiś konkurs pod tytułem "co moje dziecko ma na myśli". A najciekawiej będzie, jak dam słowo, którego sama nie rozumiem i będę z radością patrzeć na rozwiązania. Bo też zdarza mi się przytakiwać mojemu dziecku i nie mieć absolutnie żadnego pojęcia, co też ono do mnie mówi :) Czy to tylko ja, czy inni też tak mają?

sobota, 22 października 2011

Praca, praca, praca.

Aktualnie przerasta mnie praca. Cały czas właściwie o niej myślę. Cały czas przypominam sobie, co powinnam jeszcze zrobić, a czego jeszcze nie zdążyłam. Mam sporo do nadrobienia. Lekcje indywidualne, sprawdzenie kartkówek i sprawdzianów, napisanie kolejnych, przygotowanie się do lekcji, konkursy... Już nawet nie mam siły wymieniać, bo przypomniały mi się kolejne rzeczy.
A teraz z frontu rodzinnego. Pani doktor (tak, tak, jednak przyplątało nam się jakieś paskudztwo i swoją poprzednią wygraną mogę złożyć na karb przypadku) stwierdziła, że Adam mało mówi i powinien zobaczyć go logopeda. No i oczywiście kolejny raz powinien iść do alergologa. A ja wiem, co alergolog mi powie i wcale nie mam ochoty tam iść i po raz kolejny kłócić się z mądrą panią doktor. 
Co do mówienia - Adam rzeczywiście nie kwapi się do mówienia. Nie jest tak, że nic nie mówi, po prostu nie za bardzo ma ochotę konwersować na warunkach swojej rodzicielki czy też innych homo sapiens. Bo też chętnie sobie nadaje w swoim języku albo powtarza tylko pewne słowa, które mu się spodobają. Jednak kiedy tylko proszę go o wydanie jakiegoś dźwięku, żeby bodaj kwęknął albo krzyknął, ten zapiera się jak osioł. Ale mówi, owszem:

mamusia (ale też: mamy, czyli że coś jest moje)
buzia
tatuś
kamik
patik
pesiek
kotek
katek (to kwiatek:))
kóko ( to zaś kółko)
pa pa
baba
deszcz
mam
Adaś  
chcę
jajo
nos
oko
wosi (włosy)
be
aaa
ka (wszystkie rzeczy zakończone na "ka")
ko (wszystkie rzeczy zakończone na "ko")

 Także nie jest tak źle i mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej.
 

piątek, 23 września 2011

Morderstwo.

Dokonałam mordu. Żądza tego mordu rosła we mnie od chwili, kiedy tylko Adam wygenerował z siebie pierwsze kaszlnięcie. Od razu dołączył do tego glut i wizja dwóch tygodni w domu na antybiotykach. Antybiotyki jednak nie są takie najgorsze. Najgorsze było to, że ja aktualnie jestem rekonwalescentką po operacji i nie miałam ochoty siedzieć z nim i jego katarem na głowie, podczas gdy sama ledwo kwiczałam. Dlatego właśnie postanowiłam zabić, zamordować, zdusić w zarodku. 
I udało się :) Jupi, hip hip hura, fanfary na moją cześć. Adam po raz pierwszy pokonał przeziębienie. Nie rozwinęło się w zapalenie oskrzeli, nie pogorszyło się, a właśnie odeszło niczym sen jaki złoty (obym nie pochwaliła się za wcześnie). Także świętujemy.

piątek, 2 września 2011

Przedszkole...

...a właściwie Zespół Żłobkowo - Przedszkolny, ale mniejsza o nazwy. Jest tam grupa dwulatków, do której mój syn ma zaszczyt uczęszczać. Jak na razie drugi dzień. W pierwszym dniu było źle. Płacz, wycie i to ciągłe "mama, mama !!!!!!!!!!!!!!!!!!" wykrzyczane milion razy z całej siły. Nie dałam się. Było mi go szkoda, ale nie ma innego wyjścia, musi się przyzwyczaić i, jak znam życie, pokocha przedszkole z całego serca. Drugi dzień wcale nie lepszy. Wszedł do przedszkola z uśmiechem na ustach, ale już wprowadzenie go do sali zaowocowało wrzaskiem. 
Przeżyjemy.

piątek, 15 lipca 2011

Nocnik.

Słownictwo poszerza się w tempie niesamowitym. "Oko" i "nos" to już teraz betka. Tylko onomatopeja nieco nam kuleje. Piesek robi "hau, hau", ale już kotek robi "mmmmmmmmmmm", a krówka krótkie i dosadne "M" :) 
Do tego próbujemy zawalczyć z nocnikiem. Na razie średnio się udaje. Adam, owszem, chętnie sobie usiądzie, a jak się zdarzy wysikać, to jest super i wszyscy się cieszymy, ale siada na krótko i trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, żeby siuśki złapać. Także jeszcze trochę to chyba potrwa, ale broni nie składamy, nadal mam nadzieję w te wakacje nauczyć go sikać do nocnika :) 

środa, 6 lipca 2011

Słownik Adama.

Słownik dziecięcia mojego jest bardzo ubogi, jednak rozwija się niemal z dnia na dzień. Na dzień dzisiejszy, czyli w wieku 19 miesięcy, wygląda tak:
mama
tata
baba
hau hau
pa pa
am am
mniam
daj
kółko
deszcz
Asia, Basia, Kasia (takie podobne...)
Adam
Ania
Jak widać, część to imiona. Jakoś tego najłatwiej jest mu się nauczyć. "Deszcz" nauczył się mówić podczas tych wszystkich ulew, bo bardzo spodobał mu się dźwięk tego słowa i samego deszczu walącego o parapet. Kółko pojawiło się podczas oglądania jakiejś bajki, w której potrzebne było do czegoś tam właśnie kółko.
Już nie mogę się doczekać, kiedy Adam pójdzie do żłobka, bo czuję, że oprócz wielu chorób przyniesie do domu również szybszy rozwój mowy. Ogólnie rzecz biorąc zauważyłam, że w żłobku jakoś bardziej się rozwijał. Wymuszona interakcja z innymi dziećmi sprawiała, że musiał szybciej się uczyć. Wychodzi więc na to, że żłobek to nie samo zło.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Adam i lekarze.

Moje dziecko i lekarze. Historia prawdziwa :)
Od samego początku właściwie patrzyłam na mojego syna i zastanawiałam się, czy dobrze się rozwija, czy niczego mu nie brakuje. Porównywałam do innych dzieci, sprawdzałam w necie, podpytywałam starszych koleżanek. Raz wychodziło in plus, raz in minus, więc specjalnie się nie przejmowałam. Jedno tylko mnie dziwiło – jego zachowanie u lekarzy różnej maści. 
Z powodu jego problemów już na początku jakże krótkiego chwilowo życia, musieliśmy odwiedzić masę lekarzy, w tym okulistę, ortopedę, neurologa, audiologa, kardiologa i parę innych. Efekt był taki, że przed każdą wizytą zastanawiałam się, czy mój syn nie zostanie skierowany na rehabilitację albo inne badania, bo albo nie przewracał się z boku na bok (a powinien), albo nie podnosił główki (a powinien), albo nie robił jeszcze czegoś innego (a powinien). 
Przychodziłam do lekarza pełna obaw, a wychodziłam ze szczęką w okolicy ziemi. Bo mój syn właśnie u pani doktor postanowił przekręcić się z pleców na brzuch chwilę po tym, jak tłumaczyłam jej, że za żadne skarby tego nie robi. Główkę podnosił koncertowo, choć jeszcze chwilę wcześniej zwisała mu jak złamany kwiatek. Robił te wszystkie rzeczy, które powinien, a których w domu nie uświadczyłam.
Tym razem nie było inaczej. Wizyta u pani neurolog. Prosi mnie, żebym kazała mu  przynieść buciki (musi zobaczyć, jak kuca). Zimny pot mnie oblewa, bo w domu za nic w świecie nie chce wykonać tego jednego polecenia, jakim jest przyniesienie butów (nie lubi ich czy co?). Przynosi wszystko inne. I misia, i grzechotkę, i piłkę, a butów nie. Słodkim, ale drżącym głosem zwracam się do mojego syna „Przynieś bucik”, a on z iście złośliwym uśmiechem biegnie na drugi koniec gabinetu i wraca, dzierżąc w dłoni buta. Nie śmieć, nie zabawkę, a właśnie buta. Druga próba przyniosła ten sam efekt. W domu ta sztuczka nie działa, sprawdzałam.
Pani doktor zbadała, stwierdziła, że wszystko w porządku, przyszedł więc czas pożegnania. Ponieważ mój syn nie robi „papa” (nie chce mu się albo co), więc na radosne „papa” pani doktor już chcę się tłumaczyć, że on nie… I patrzę na syna, który odwraca się w jej stronę, macha rączką i mówi „papa”. MACHA RĄCZKĄ I MÓWI! To już szczyt wszystkiego. Co za złośliwy, mały terrorysta! Od tamtej pory (czyli od piątku) tylko raz zdarzyło mu się pomachać i to w nieodpowiednim momencie. 
Czyli potrafi, tylko mu się nie chce, ale przynajmniej instynkt samozachowawczy ma. 

niedziela, 17 kwietnia 2011

Mama i dupa.

Adam ostatnio znowu dostarcza mi niemałych emocji. Choć jego komunikacja werbalna pozostawia wiele do życzenia, znowu zaczął mówić „tata”. Wychodzi mu to oczywiście słodko, zabawnie i cudownie (która matka tak nie uważa?). Nauczona całkiem już niezłym doświadczeniem postanowiłam nie prosić go o powiedzenie „mama”. Popełniłam jednak błąd jakże wielu matek, a mianowicie postanowiłam pochwalić się jego zdolnościami w pobliskim sklepie. Pani była zachwycona, ale postanowiła nieco podrążyć temat.
-Powiedz „mama”.
Mój syn nabrał powietrza i z pełnym przekonaniem powiedział
-Dupa.
Pewna byłam, że to czyste przejęzyczenie i podczas gdy pani Ania słaniała się ze śmiechu, poprosiłam go raz jeszcze:
-Powiedz „mama”.
-Dupa. -  już z mniejszym entuzjazmem odpowiedział Adam
-„MA-MA” - siliłam się wydobyć od niego właściwą odpowiedź.
Zawstydził się, zdębiał. Nie za bardzo wiedział, czego się od niego wymaga, po czym już nieco ciszej powiedział:
-Padu.
Pani Ania wpadła pod ladę, a ja stwierdziłam, że może kolejny raz pytać go nie będę, bo jeszcze inne wyrazy wpadną mu do glowy. Wróciliśmy do bezpiecznego „tata”.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Kot.



Nie może być tak, że równorzędny członek rodziny zostaje zapomniany i zaniedbany. Dlatego też, ponaglana przez kyja, biję się w pierś. Zapomniałam o kocie.
Otóż kot jest Guciem. A dokładnie rzecz biorąc Gustawem, bo w tym wieku to już troche nie licuje z powagą swojej pozycji, żeby tak haniebnie zdrabniać jego imię. Oczywiście Gustaw nie przyjmuje swojego imienia do wiadomości i reaguje na cokolwiek tylko wtedy, kiedy jemu się chce. Niech i tak będzie, mnie to obojętne.
Gustaw został wzięty ze Świebodzkiego około 9 lat temu. Właściwie to „kupiony” za złotówkę, żeby się dobrze chował. No i chowa się doskonale. Pomijając kilka siwych włosów, wykazuje cechy charakterystyczne dla osobników młodych. Nadal tak samo harcuje, tak samo się cieszy i tak samo się bawi. Kondycję ma niezmienną, zdrowy jest jak ryba, ogólnie rzecz biorąc kot na schwał.
Niemal dwa lata temu dokonaliśmy na nim zbrodni straszliwej – wykastrowaliśmy go. Trzeba było, bo jego wrzaski stały się absolutnie nie do zniesienia. Przez tyle lat dawało się wytrzymać, bo może on się powstrzymywał, a może nie miał takich potrzeb. Jednak tamtej wiosny stwierdziliśmy, że to już za dużo. Jeśli kot drze się codziennie przez kilka godzin to człowiekowi może łeb peknąć. Do dziś nie wiem, czy mam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia, czy nie. Gustaw właściwie się nie zmienił, przestał tylko się drzeć.
Teraz Gustaw z pewnością czuje się nieco zaniedbany, bo odkąd Adam się pojawił, nie jest już tak rozpieszczany (a może go to cieszy, bo to właśnie on stawał się głównym odbiorcą moich gwałtownych porywów miłości, zanim przyszedł Adam :)). Adama toleruje z właściwym dla siebie spokojem. Najpierw się go bał (bo on boi się nawet swojego własnego ogona), potem zaczął godzić się niemal na wszystko (całe to głaskanie i bawienie się z kotkiem, szleństwo). Wdzięczna mu jestem za to, bo nie da się ukryć, że trochę się bałam, jak to będzie z kotem i z dzieckiem.
Adam  stosunku do zwierzęcia jest badzo delikatny i bardzo ładnie go głaszcze, czasem tylko zdarzy mu się mało subtelne pacnięcie. Także kot i Adam są ze sobą w zgodnej komitywie.

niedziela, 13 lutego 2011

Zmiany...


Męczymy się ostatnio z domowym szpitalem. Jest ciężko, bo Adam dostał zaplenia płuc i cały czas musieliśmy obserwować, czy przypadkiem nie powinien się znaleźć w szpitalu. Na szczęście wygraliśmy, choroba powoli ustępuje, a przynajmniej takie odnosi się wrażenie. I tu jeszcze na chwilę zatrzymam się przy wspaniałej polskiej służbie zdrowia. Otóż pani doktor rodzinna od razu wysłała nas do szpitala z podejrzeniem zaplenia płuc. Nie dała żadnych leków, nie zaproponowała żadnej alternatywnej możliwości. Mam jechać do szpitala, tam zbada go jeszcze jeden lekarz i może go hospitalizują, a może nie. A jak będą chcieli, a ja nie będę chciała, to odmówię hospitalizacji. Taaaa, już raz chciałam dziecko zabrać to mało na mnie opieki społecznej nie nasłali. I tu powstaje pytanie: po co jest lekarz rodzinny? Chyba tylko po to, żeby kierować do szpitala albo do innych lekarzy. Może to i dobrze, ale nie dla mnie. Szpital był dla nas udręką rok temu, kiedy to Adam siedział tam przez tydzień bez powodu i zrobię wszystko, żeby go przed szpitalem uchronić. Na szczęście wspaniała pani pediatra dała nam inne wyjście. Szkoda tylko, że tak można już tylko prywatnie, bo państwowo nikt odpowiedzialności nie weźmie.
A tak poza tym patrzę na tego mojego synka i nie mogę się nadziwić, jak szybko się uczy. Umie już powiedzieć nie tylko „tata”, ale też „daj, dzidzia i Adam”. Reaguje na część poleceń, które do niedawna były dla niego jedynie dźwiękami nie do rozszyfrowania. Umie już coś przynieść (daj), usiąść na leżaczku, kiedy go o to proszę, już od dawna reaguje na „nie wolno”, a ostatnio zaczął odróżniać takie słowa jak „kuchnia, łazienka” czy „pokój”. Kiedy tylko mówię, że tam idziemy to natychmiast tupta we właściwe miejsce. Nauczył się też pokazywać „nos, oko, buzia”, a ostatnio rozczula nas przytulaniem i dawaniem buzi. Nie macha ani nie mówi „papa”, co według niektórych źródeł powinien był robić około 11 miesiąca życia. Po prostu mu się nie chce i tyle. Być może wszystko robi nieco późno, ale co tam… Niech rozwija się we własnym tempie. A tak na marginesie, nadal nie mówi „mama”. Coś jakby „baba” zaczął ostatnio, a „mama” jak nie było tak nie ma. 
Kurczę, jak ten czas leci… Jak pomyślę, że kiedyś Adam tylko leżał i nie potrafił się nawet obrócić z boku na bok to aż nie mogę w to uwierzyć. Zmiany, zmiany, zmiany… A tata patrzy na to wszystko i nadal jest przyczajony niczym tygrys :)

niedziela, 23 stycznia 2011

Zdjęcia.


Małżonek doszedł ostatnio do wniosku, że Adam jest w tak świetnym wieku, a my prawie nie robimy mu zdjęć. Fakt, okres ma wyraźnie bardzo dobry, chociaż nigdy nie był zły. Biega sobie po domu i uśmiecha się do wszystkich i do wszystkiego. Problem polega jednak na tym, że trzeba w obiektywie złapać tajfun, a to już nie takie łatwe. W jednej sekundzie patrzy w aparat, więc szybko naciskam spuścik, a tu Adam już się odwraca i w efekcie na ekranie widzę jego diaboliczną minę z jednym okiem i półuśmiechem. Wygląda to mniej więcej tak.

Wystarczyłoby mu włożyć nóż do ręki, żeby robił za laleczkę Chucky, tym bardziej, że z powodu braków w garderobie wyrodna matka postanowiła ubrać syna w żółto-różowe półśpiochy, które kupiła mu babcia.
Oczywiście, że Adam posiada również „normalne” zdjęcia, kiedy w końcu zdecyduje się stanąć na ułamek sekundy i zapozować, jednak są to chwile tak nieliczne, że udało mi się znaleźć jedynie dwa zdjęcia, z których jedno zaprezentuję.

Poza tym Adam ostatnio nauczył się przytulać „na zawolanie”. Najpierw ćwiczyliśmy przytulanie na misiu, potem na mamie i oba przypadki zakończyły się sukcesem. Oczywiście nie będę wyjątkiem wśród matek, jeśli stwierdzę, że jest to naprawdę wyjątkowo rozczulające. Niestety sukcesu edukacyjnego nie udało się złapać na zdjęciu, ponieważ trwa on mniej więcej 2 nanosekundy i nie daje się utrwalić na karcie pamięci.

środa, 19 stycznia 2011

Mama, tata i Adam.


Przedstawmy się.
Ja jestem Agnieszka. Kobieta z nadwagą, która wciąż dąży do wymarzonej sylwetki i stawia sobie w życiu mniej lub bardziej realne do zrealizowania cele. Wygląd (oprócz wagi) mniej ważny, bo po trzydziestce to średnio da się wyglądać jak miss świata. Określa mnie bycie matką i żoną, a dopełnia bycie nauczycielką. Wszystkie dzieci nasze są, niektóre bardziej, niektóre mniej. Jestem wariatką i nie potrzebuję do tej diagnozy żadnego psychiatry. Mój mąż uważa, że pragnienie złamania sobie kończyny czy też miłość do swoich siwych włosów są najlepszym tego dowodem. Wierzę też w krasnoludki i Świętego Mikołaja. Gdyby ktoś wiedział, co jeszcze czai się w mojej głowie, pewnie zamknąłby mnie w wariatkowie.
Mąż Marcin. Człowiek poważny, spokojny, wyważony. Zdecydowanie bardziej normalny niż ja. Odpowiedzialny mąż i ojciec, raczej nie domaga się uwielbienia tłumów. Dlatego też do tej pory oparł się pokusie tworzenia bloga. Wystąpi tu jako postać czająca się (jak w przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku).
Syn Adam. Według USG miał być córeczką, ale nam od początku coś nie pasowało i wysnuwając wnioski z pleców naszego dziecięcia (tylko to zdecydował się nam pokazać na USG 3D) wiedzieliśmy, że będzie to chłopiec. Potomek przyszedł na świat 19 listopada 2009, ważył 3 kilo, a mierzył 53 cm (jak każda prawdziwa matka polka muszę się tym faktem pochwalić). Rósł sobie powoli, dzięki czemu doszedł do stanu dzisiejszego, czyli około metra, ponad 10 kilo i skończonego roku.
Kilka informacji dodatkowych. Agnieszka i Marcin występują teraz najczęściej pod pseudonimami Mama i Tata, żeby synowi było łatwiej zapamiętać. Od dzeisięciu lat są ze sobą, od prawie sześciu w szczęśliwym związku małżeńskim. Pod tym względem nudno. Żadnych zdrad, morderstw, bicia, picia ani hazardu w rodzinie nie stwierdzono (nie to co w Modzie na Sukces czy takim Klanie). Zwykłe życie. I to jest piękne.