Adam już od początku przygody ze żłobkiem miał przejścia dotyczące chorób. Tydzień w żłobku, trzy tygodnie w domu. Ponieważ akurat wtedy był to żłobek prywatny, przestało nam się to opłacać w okolicy listopada, a jednak posyłaliśmy go nadal w nadziei, że coś się zmieni aż do marca. W końcu się poddaliśmy i do września Młody siedział w domu z babcią. W trakcie jego chorowania przerobiliśmy wiele teorii, w której prym wiodła teoria alergii.
Po wizycie u pani alergolog dowiedziałam się, że Adam na pewno ma alergię na jakiś pokarm i mam zafundować mu dietę eliminacyjną oraz produkt mlekopodobny pod tytułem bebilon pepti. Całe szczęście, że biedak to pił, bo wstrętne to było niemożebnie. Oczywiście dieta eliminacyjna niczego nie dała i niczego nie wykazała, więc cała w skowronkach pobiegłam do pani doktor oznajmić jej, że to żadna alergia jednak. Dowiedziałam się, że nic podobnego, bo on na pewno ma uczulenie pokarmowe i chociaż nie wiadomo na co, to na pewno jest tak, jak ona mówi. No cóż, pożegnałam się z panią doktor i obiecałam sobie solennie, że nigdy już się nie spotkamy.
Tymczasem Adam od września zaczął chodzić do przedszkola (zespół żłobkowo - przedszkolny, ale już upraszczam sobie życie) i wszystko zaczęło się od nowa. Mogłabym oczywiście przyjąć, że ten typ tak ma i po prostu dużo choruje (tak się zdarza w przedszkolach), jednak wczoraj zaniepokoiła mnie pewna przygoda. Ponieważ Adam zaczął kaszleć niczym dość zaawansowany w chorobie gruźlik, postanowiłam po raz kolejny udać się do lekarza. Pewna, że i tym razem dostaniemy antybiotyk i gotowa bronić organizm mojego dziecka przed kolejną dawką, zrobiłam klasycznego karpika, kiedy pani doktor stwierdziła, że dziecku nic nie jest. NIC. Osłuchowo w porządku, gardło lekko zaczerwienione, a kaszel jak był, tak jest. I już sama nie wiem, o co chodzi. Do przedszkola nie ma przeciwwskazań, ale jestem pewna. że panie w przedszkolu będą na mnie patrzeć, jak na wyrodną matkę, która nie dosyć, że nie chce zostać w domu z chorym dzieckiem (pewnie z chęci zysku), to jeszcze naraża pozostałe dzieci na zarażenie się tą śmiertelną chorobą.
Dlatego też postanowiłam wrócić do teorii alergii. Tyle że tym razem nie pokarmowej, ale pylenia roślin> Byłam pewna, że to tylko moja wyobraźnia, bo przecież cóż może pylić od września do marca (w tym czasie chorował), ale okazało się, że mogę mieć trochę racji...
Otóż, jak widać, w tym okresie pylą grzyby (ten dziwny aspergillus to kropidlak), powodujące "np. grzybice skóry, grzybice płuc lub astmę oskrzelową" (
Wikipedia). Nie chcę się tu wymądrzać, ale może właśnie jego nieustanne zapalenia oskrzeli, tudzież płuc spowodowane są właśnie tym sympatycznym grzybkiem? Chwytam się brzytwy, ale doprawdy nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby ulżyć mojemu dziecku i nie faszerować go antybiotykami :(
No i dochodzimy do meritum, czyli jak dowiedzieć się, czy moje przypuszczenia są trafne? Nie wiem, czy dwulatkowi można zrobić badania, które będą choć odrobinę miarodajne (podobno nie). Nie wiem, czy nie zbłaźnię się, rzucając u pani doktor podejrzenie, że może chodzi o grzybki (może o kurz...). Nie lubię ludzi, którzy u wujka google szukają diagnozy na ból palca, ale lekarze z krwi i kości naprawdę nie dają mi żadnej odpowiedzi...
Sama już nie wiem, co mam robić.