Męczymy się ostatnio z domowym szpitalem. Jest ciężko, bo Adam dostał zaplenia płuc i cały czas musieliśmy obserwować, czy przypadkiem nie powinien się znaleźć w szpitalu. Na szczęście wygraliśmy, choroba powoli ustępuje, a przynajmniej takie odnosi się wrażenie. I tu jeszcze na chwilę zatrzymam się przy wspaniałej polskiej służbie zdrowia. Otóż pani doktor rodzinna od razu wysłała nas do szpitala z podejrzeniem zaplenia płuc. Nie dała żadnych leków, nie zaproponowała żadnej alternatywnej możliwości. Mam jechać do szpitala, tam zbada go jeszcze jeden lekarz i może go hospitalizują, a może nie. A jak będą chcieli, a ja nie będę chciała, to odmówię hospitalizacji. Taaaa, już raz chciałam dziecko zabrać to mało na mnie opieki społecznej nie nasłali. I tu powstaje pytanie: po co jest lekarz rodzinny? Chyba tylko po to, żeby kierować do szpitala albo do innych lekarzy. Może to i dobrze, ale nie dla mnie. Szpital był dla nas udręką rok temu, kiedy to Adam siedział tam przez tydzień bez powodu i zrobię wszystko, żeby go przed szpitalem uchronić. Na szczęście wspaniała pani pediatra dała nam inne wyjście. Szkoda tylko, że tak można już tylko prywatnie, bo państwowo nikt odpowiedzialności nie weźmie.
A tak poza tym patrzę na tego mojego synka i nie mogę się nadziwić, jak szybko się uczy. Umie już powiedzieć nie tylko „tata”, ale też „daj, dzidzia i Adam”. Reaguje na część poleceń, które do niedawna były dla niego jedynie dźwiękami nie do rozszyfrowania. Umie już coś przynieść (daj), usiąść na leżaczku, kiedy go o to proszę, już od dawna reaguje na „nie wolno”, a ostatnio zaczął odróżniać takie słowa jak „kuchnia, łazienka” czy „pokój”. Kiedy tylko mówię, że tam idziemy to natychmiast tupta we właściwe miejsce. Nauczył się też pokazywać „nos, oko, buzia”, a ostatnio rozczula nas przytulaniem i dawaniem buzi. Nie macha ani nie mówi „papa”, co według niektórych źródeł powinien był robić około 11 miesiąca życia. Po prostu mu się nie chce i tyle. Być może wszystko robi nieco późno, ale co tam… Niech rozwija się we własnym tempie. A tak na marginesie, nadal nie mówi „mama”. Coś jakby „baba” zaczął ostatnio, a „mama” jak nie było tak nie ma.
Kurczę, jak ten czas leci… Jak pomyślę, że kiedyś Adam tylko leżał i nie potrafił się nawet obrócić z boku na bok to aż nie mogę w to uwierzyć. Zmiany, zmiany, zmiany… A tata patrzy na to wszystko i nadal jest przyczajony niczym tygrys :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz