Czasami mam wrażenie, że wszystkie matki, jak jeden mąż, mówią coś, żeby tylko nie wyjść na te złe. Podobnie sprawa ma się z samym faktem posiadania dziecka. Oczywiście, że pamiętają, jak to było dziecka nie mieć, ale przecież teraz jest tak wspaniale, że spanie do południa i całonocne imprezowanie nie umywają się do tego szczęścia, które nas teraz zalewa. A ja oczywiście będę inna.
Nie będę pisać peanów, jak to nam wspaniale teraz z dzieckiem, bo chociaż jest zylion cudownych chwil, których nie zamieniłabym na nic innego, to jest też mnóstwo tych gorszych, kiedy mam ochotę krzyczeć, wyć, rwać włosy z głowy i robić milion innych rzeczy, które nie przystoją Matce Polce :) Wśród kilku najważniejszych wymienić mogę spanie. Jestem zdecydowaną fanką spania. Najlepiej 12 godzin, najlepiej do około 10 rano (jeśli tylko nie idę do pracy, oczywiście). I tu pierwszy zonk. Nie mówię nawet o czasie, kiedy Adam był naprawdę mały, ale nawet teraz, kiedy przesypia całą noc (już od dawna), budzi się około siódmej, najpóźniej ósmej. I, szczerze mówiąc, dobija mnie to. W taki dzień jak dziś to nawet po wielokroć. Zamiast szansy wyspania się, dostaję szansę siedzenia i wpatrywania się w ekran.
I tu kolejny grzech. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu i ochoty do zabawy z moim synem z samego rana. Ledwo jestem w stanie umyć sobie zęby, a co dopiero turlać się z dwulatkiem. Na szczęście Adam to rozumie i grzecznie bawi się sam ze sobą albo ogląda włączone przeze mnie bajki, ale mimo to wiem, że jest to strasznie niepedagogiczne.
Druga rzecz, która najbardziej mi doskwiera to czytanie, a właściwie jego brak. Pewnie gdybym jeździła do pracy autobusem czy tramwajem, nie dostrzegałabym tego tak boleśnie, ale aktualnie jest to jeden z moich wielkich problemów. Przed urodzeniem Adama czytałam około jednej książki na tydzień. Zdecydowanie zawyżałam średnią krajową. Teraz jeśli uda mi się przeczytać jedną książkę na miesiąc to jest to dobry miesiąc. Po całym dniu pracy i zabawy z maluchem nie mam na to siły, wieczorem padam na twarz.A w pozostałe pory dnia nie mam czasu, bo albo praca, albo Adam. I tylko jak gdzieś jadę sama (co zdarza się baaaardzo rzadko), mam chwilę czasu i zdecydowanie odżywam, bo nie wyobrażam sobie życia bez książek.
I właśnie dlatego nie będę pisać, jak to mi teraz dobrze i jak nie pamiętam, żeby lepiej było spać do dziesiątej i czytać tony książek, bo tak nie jest. Pamiętam i było mi lepiej pod tymi względami. I bardzo za tym tęsknię.
Cały ten kontrast między byciem matką, a nie byciem nią najbardziej dołował mnie na początku. Namacalnie od dnia urodzin syna zmieniło się wszystko, mój świat się przeprogramował i skoncentrował na jednym punkcie. Dziecku. Nie, żebym nie spodziewała się tego, ale co innego wiedzieć TO w ciąży, a co innego żyć TYM nowym życiem. Czasem zastanawiam się, co to ja bym robiła, jakbym była sama, czasem kusi. Ale mimo wszystko przeważa tu słowo SAMA. Bez człowieka, któremu tak bardzo jestem potrzebna, który mnie kocha, jak tylko dziecko potrafi. Pół mnie.
OdpowiedzUsuńPamiętam, jak w pierwszych tygodniach po narodzinach dziecka odwiedzali nas znajomi i pytali, jak to nasze życie się zmieniło. Mąż odpowiadał, że w zasadzie nic się nie zmieniło, tylko jest nas troje.
Szlag mnie trafiał;) Bo ja od pierwszego dnia razem z dzieckiem byłam zupełnie innym człowiekiem;)
No widzisz, ze mną jednak jest inaczej. Oczywiście nie żałuję, że Adam jest, ale czasem jednak jestem tak zmęczona, że przypominam sobie te czasy, kiedy go nie było i tęsknię.
UsuńJa myślałam raczej, jak Twój mąż :) Nic się nie zmieniło, tylko jest nas troje. Dopiero teraz, gdy Adam jest większy, czuję tą wielką zmianę i odpowiedzialność.