niedziela, 24 kwietnia 2011

Adam i lekarze.

Moje dziecko i lekarze. Historia prawdziwa :)
Od samego początku właściwie patrzyłam na mojego syna i zastanawiałam się, czy dobrze się rozwija, czy niczego mu nie brakuje. Porównywałam do innych dzieci, sprawdzałam w necie, podpytywałam starszych koleżanek. Raz wychodziło in plus, raz in minus, więc specjalnie się nie przejmowałam. Jedno tylko mnie dziwiło – jego zachowanie u lekarzy różnej maści. 
Z powodu jego problemów już na początku jakże krótkiego chwilowo życia, musieliśmy odwiedzić masę lekarzy, w tym okulistę, ortopedę, neurologa, audiologa, kardiologa i parę innych. Efekt był taki, że przed każdą wizytą zastanawiałam się, czy mój syn nie zostanie skierowany na rehabilitację albo inne badania, bo albo nie przewracał się z boku na bok (a powinien), albo nie podnosił główki (a powinien), albo nie robił jeszcze czegoś innego (a powinien). 
Przychodziłam do lekarza pełna obaw, a wychodziłam ze szczęką w okolicy ziemi. Bo mój syn właśnie u pani doktor postanowił przekręcić się z pleców na brzuch chwilę po tym, jak tłumaczyłam jej, że za żadne skarby tego nie robi. Główkę podnosił koncertowo, choć jeszcze chwilę wcześniej zwisała mu jak złamany kwiatek. Robił te wszystkie rzeczy, które powinien, a których w domu nie uświadczyłam.
Tym razem nie było inaczej. Wizyta u pani neurolog. Prosi mnie, żebym kazała mu  przynieść buciki (musi zobaczyć, jak kuca). Zimny pot mnie oblewa, bo w domu za nic w świecie nie chce wykonać tego jednego polecenia, jakim jest przyniesienie butów (nie lubi ich czy co?). Przynosi wszystko inne. I misia, i grzechotkę, i piłkę, a butów nie. Słodkim, ale drżącym głosem zwracam się do mojego syna „Przynieś bucik”, a on z iście złośliwym uśmiechem biegnie na drugi koniec gabinetu i wraca, dzierżąc w dłoni buta. Nie śmieć, nie zabawkę, a właśnie buta. Druga próba przyniosła ten sam efekt. W domu ta sztuczka nie działa, sprawdzałam.
Pani doktor zbadała, stwierdziła, że wszystko w porządku, przyszedł więc czas pożegnania. Ponieważ mój syn nie robi „papa” (nie chce mu się albo co), więc na radosne „papa” pani doktor już chcę się tłumaczyć, że on nie… I patrzę na syna, który odwraca się w jej stronę, macha rączką i mówi „papa”. MACHA RĄCZKĄ I MÓWI! To już szczyt wszystkiego. Co za złośliwy, mały terrorysta! Od tamtej pory (czyli od piątku) tylko raz zdarzyło mu się pomachać i to w nieodpowiednim momencie. 
Czyli potrafi, tylko mu się nie chce, ale przynajmniej instynkt samozachowawczy ma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz