sobota, 28 stycznia 2012

Co z tym poczuciem własnej wartości?

Już kilka razy zdarzyło  mi się czytać posty, w którym tematem przewodnim był "brak szacunku do samej siebie z powodu przejścia na macierzyński/wychowawczy i braku pracy". Tak jakby posiadanie pracy było wyznacznikiem szacunku do własnej osoby. Ja tam nie wiem, może ja jakaś zacofana jestem, z epoki średniowiecza (chociaż nie mam poglądu, że miejsce kobiety jest w kuchni), ale uważam, że byłam najszczęśliwszą osobą na macierzyńskim i gdyby ktoś dał mi wybór, to zostałabym na tym macierzyńskim CO NAJMNIEJ trzy lata. Mieszkanie byłoby wysprzątane, obiad ugotowany, a ja mogłabym czytać, wychodzić na miasto i robić inne rzeczy, na które nie mam teraz czasu. Wtedy miałam szczęścia i szacunku do siebie na kopy.
Tymczasem nikt mi wyboru nie dał. Musiałam wrócić do pracy i przeklinam dzień, w którym to się stało. Nie dosyć, że dziecko prawie mnie nie widuje, to nie mam czasu dla siebie. Wariuję, dostaję spazmów, ale to nie pomaga, bo praca, praca i praca. To nie znaczy, że nie kocham tego, co robię, ale zdecydowanie szczęśliwsza jestem, siedząc w domu. Nie znaczy to też, że dzisiaj nie mam do siebie szacunku, ale wolałam siedzieć w domu. Dlatego naprawdę nie rozumiem tych kobiet.
Ale być może funkcjonuje tutaj zasada, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma...

wtorek, 17 stycznia 2012

Pociągi.

Na początku małe uaktualnienie. Syn cofnął się w rozwoju. Przestał wołać, przestał siadać na nocnik. Pewnie nie przyszła jeszcze jego pora.
Już od dłuższego czasu syn kocha pociągi miłością namiętną. Najpierw była "tasiąg", potem "ociąg", teraz "pociąg" odmieniany przez liczby i przypadki właściwie bezbłędnie. Wystarczy włączyć mu jadącą ciuchcię i będzie wpatrywać się w monitor niezmordowanie nieograniczoną ilość czasu. I nie chodzi o żadną bajkę, tylko o zwykły pociąg właśnie, choćby jadący donikąd. Ważny jest jego widok, ewentualnie dźwięk dopełnia euforii. Pociągi jako zabawki również rządzą. W domu szaleństwo. Matka wyszukuje na Youtube coraz to nowe kompilacje pociągów, ojciec na allegro sprawdza zabawki. Przejście obojętnie obok przejazdu kolejowego nie wchodzi w rachubę. Jeśli jedzie pociąg, zaliczamy histerię, jeśli tylko Adam nie zobaczy wagonów i ciuchci. 
No nic, szaleństwo nieszkodliwe, niech sobie syn kocha pociągi :)

sobota, 7 stycznia 2012

Zła matka.

Podczytuję sobie blogi mam. Różnych mam. Jednak jedno wynika niemal z każdego bloga. Krzyczy do mnie tak głośno, jakby co najmniej megafon miało - one mi wyglądają na lepsze matki, niż ja kiedykolwiek byłam i kiedykolwiek będę. Czytam, jak to pięknie można zrobić pyszne i zdrowe zupki do słoiczka albo na świeżo. Czytam, jak to można wymyślić zylion zabaw na spędzanie czasu z potomkiem. A ja? Właściwie od początku karmiłam go tym, co jedliśmy my. Oczywiście bez przesady, ale miksowane zupki z dyni i groszku, tudzież króliczka (bo zdrowy i ekologiczny), podlewane oczywiście mega zdrową  specjalną dla dzieci wodą mineralną nigdy nie gościły na stole potomka. Jadł rosół z normalnego truchła kurczaka z kaszą manną, podlewany zwykłą kranówą (proszę mnie nie zlinczować). Jeśli chodzi o zabawy, to nie chce mi się wymyślać cudów na kiju, które i tak nie są kompatybilne z moimi jakże ograniczonymi zdolnościami manualnymi. Bawimy się prosto i konkretnie - układanie wieży z klocków czy puzzli, jeżdżenie autami, ewentualnie czytanie książeczek (czasem przyplącze się jakieś rysowanie, ale w ograniczonym zakresie). 
Wychodzi więc na to, że jestem prawdziwą złą matką. Mam za mało czasu i za dużo pracy. Tyle że nawet jak nie miałam pracy, byłam złą matką :) Nie ma dla mnie usprawiedliwienia. Ale jakoś średnio się tym przejmuję.