piątek, 11 listopada 2011

Matki z ojcem rozmowy.

Ponieważ posiadamy z mężem niewybredne poczucie humoru, czasami mają miejsce pewne dziwne między nami rozmowy. Jednak ciepło się zrobiło, kiedy znienacka do tych oświeconych dyskusji dołączył nasz syn.

Ojciec: Gdzie masz obiad?

Ponieważ dopiero co obrałam ziemniaki, oświadczam:

Matka: W dupie.

I tu właśnie ujawnił się nagle skrywany dotąd przez syna talent.

Syn (radośnie): Dupie.

Trzeba zacząć uważać na to, co się mówi.

Życie bez dziecka.

Czasami mam wrażenie, że wszystkie matki, jak jeden mąż, mówią coś, żeby tylko nie wyjść na te złe. Podobnie sprawa ma się z samym faktem posiadania dziecka. Oczywiście, że pamiętają, jak to było dziecka nie mieć, ale przecież teraz jest tak wspaniale, że spanie do południa i całonocne imprezowanie nie umywają się do tego szczęścia, które nas teraz zalewa. A ja oczywiście będę inna.
Nie będę pisać peanów, jak to nam wspaniale teraz z dzieckiem, bo chociaż jest zylion cudownych chwil, których nie zamieniłabym na nic innego, to jest też mnóstwo tych gorszych, kiedy mam ochotę krzyczeć, wyć, rwać włosy z głowy i robić milion innych rzeczy, które nie przystoją Matce Polce :) Wśród kilku najważniejszych wymienić mogę spanie. Jestem zdecydowaną fanką spania. Najlepiej 12 godzin, najlepiej do około 10 rano (jeśli tylko nie idę do pracy, oczywiście). I tu pierwszy zonk. Nie mówię nawet o czasie, kiedy Adam był naprawdę mały, ale nawet teraz, kiedy przesypia całą noc (już od dawna), budzi się około siódmej, najpóźniej ósmej. I, szczerze mówiąc, dobija mnie to. W taki dzień jak dziś to nawet po wielokroć. Zamiast szansy wyspania się, dostaję szansę siedzenia i wpatrywania się w ekran. 
I tu kolejny grzech. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu i ochoty do zabawy z moim synem z samego rana. Ledwo jestem w stanie umyć sobie zęby, a co dopiero turlać się z dwulatkiem. Na szczęście Adam to rozumie i grzecznie bawi się sam ze sobą albo ogląda włączone przeze mnie bajki, ale mimo to wiem, że jest to strasznie niepedagogiczne. 
Druga rzecz, która najbardziej mi doskwiera to czytanie, a właściwie jego brak. Pewnie gdybym jeździła do pracy autobusem czy tramwajem, nie dostrzegałabym tego tak boleśnie, ale aktualnie jest to jeden z moich wielkich problemów. Przed urodzeniem Adama czytałam około jednej książki na tydzień. Zdecydowanie zawyżałam średnią krajową. Teraz jeśli uda mi się przeczytać jedną książkę na miesiąc to jest to dobry miesiąc. Po całym dniu pracy i zabawy z maluchem nie mam na to siły, wieczorem padam na twarz.A w pozostałe pory dnia nie mam czasu, bo albo praca, albo Adam. I tylko jak gdzieś jadę sama (co zdarza się baaaardzo rzadko), mam chwilę czasu i zdecydowanie odżywam, bo nie wyobrażam sobie życia bez książek.
I właśnie dlatego nie będę pisać, jak to mi teraz dobrze i jak nie pamiętam, żeby lepiej było spać do dziesiątej i czytać tony książek, bo tak nie jest. Pamiętam i było mi lepiej pod tymi względami. I bardzo za tym tęsknię.

wtorek, 1 listopada 2011

Alergia, choroby czy może jeszcze inne ustrojstwo...

Adam już od początku przygody ze żłobkiem miał przejścia dotyczące chorób. Tydzień w żłobku, trzy tygodnie w domu. Ponieważ akurat wtedy  był to żłobek prywatny, przestało nam się to opłacać w okolicy listopada, a jednak posyłaliśmy go nadal w nadziei, że coś się zmieni aż do marca. W końcu się poddaliśmy i do września Młody siedział w domu z babcią. W trakcie jego chorowania przerobiliśmy wiele teorii, w której prym wiodła teoria alergii. 
Po wizycie u pani alergolog dowiedziałam się, że Adam na pewno ma alergię na jakiś pokarm i mam zafundować mu dietę eliminacyjną oraz produkt mlekopodobny pod tytułem bebilon pepti. Całe szczęście, że biedak to pił, bo wstrętne to było niemożebnie. Oczywiście dieta eliminacyjna niczego nie dała i niczego nie wykazała, więc cała w skowronkach pobiegłam do pani doktor oznajmić jej, że to żadna alergia jednak. Dowiedziałam się, że nic podobnego, bo on na pewno ma uczulenie pokarmowe i chociaż nie wiadomo na co, to na pewno jest tak, jak ona mówi. No cóż, pożegnałam się z panią doktor i obiecałam sobie solennie, że nigdy już się nie spotkamy. 
Tymczasem Adam od września zaczął chodzić do przedszkola (zespół żłobkowo - przedszkolny, ale już upraszczam sobie życie) i wszystko zaczęło się od nowa. Mogłabym oczywiście przyjąć, że ten typ tak ma i po prostu dużo choruje (tak się zdarza w przedszkolach), jednak wczoraj zaniepokoiła mnie pewna przygoda. Ponieważ Adam zaczął kaszleć niczym dość zaawansowany w chorobie gruźlik, postanowiłam po raz kolejny udać się do lekarza. Pewna, że i tym razem dostaniemy antybiotyk i gotowa bronić organizm mojego dziecka przed kolejną dawką, zrobiłam klasycznego karpika, kiedy pani doktor stwierdziła, że dziecku nic nie jest. NIC. Osłuchowo w porządku, gardło lekko zaczerwienione, a kaszel jak był, tak jest. I już sama nie wiem, o co chodzi. Do przedszkola nie ma przeciwwskazań, ale jestem pewna. że panie w przedszkolu będą na mnie patrzeć, jak na wyrodną matkę, która nie dosyć, że nie chce zostać w domu z chorym dzieckiem (pewnie z chęci zysku), to jeszcze naraża pozostałe dzieci na zarażenie się tą śmiertelną chorobą. 
Dlatego też postanowiłam wrócić do teorii alergii. Tyle że tym razem nie pokarmowej, ale pylenia roślin> Byłam pewna, że to tylko moja wyobraźnia, bo przecież cóż może pylić od września do marca (w tym czasie chorował), ale okazało się, że mogę mieć trochę racji... 
Otóż, jak widać, w tym okresie pylą grzyby (ten dziwny aspergillus to kropidlak), powodujące "np. grzybice skóry, grzybice płuc lub astmę oskrzelową" (Wikipedia). Nie chcę się tu wymądrzać, ale może właśnie jego nieustanne zapalenia oskrzeli, tudzież płuc spowodowane są właśnie tym sympatycznym grzybkiem? Chwytam się brzytwy, ale doprawdy nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby ulżyć mojemu dziecku i nie faszerować go antybiotykami :( 
No i dochodzimy do meritum, czyli jak dowiedzieć się, czy moje przypuszczenia są trafne? Nie wiem, czy dwulatkowi można zrobić badania, które będą choć odrobinę miarodajne (podobno nie). Nie wiem, czy nie zbłaźnię się, rzucając u pani doktor podejrzenie, że może chodzi o grzybki (może o kurz...). Nie lubię ludzi, którzy u wujka google szukają diagnozy na ból palca, ale lekarze z krwi i kości naprawdę nie dają mi żadnej odpowiedzi...
Sama już nie wiem, co mam robić.