sobota, 29 października 2011

Chciałam dobrze.

Taki już mój los, że mi życie kłody pod nogi rzuca. Już od dawna chciałam mieć świeże zioła, a że działki się nie dorobiłam, to pozostał mi parapet kuchenny. I dobrze, bo parapet kuchenny nadaje się do ziół doskonale. Mogą tam sobie stać, rosnąć i pięknie pachnieć. Oczywiście że mogą... ale nie u mnie. U mnie mogą tylko i wyłącznie zdechnąć. Właściwie wszystkie posiadane niegdyś w naszym domowym zaciszu przez nas roślinki zeszły do lepszego świata. I było to zupełnie zrozumiałe w momencie, kiedy o nie nie dbałam, bo i takie przypadki się zdarzały. Jednak zupełnym nieporozumieniem jest dla mnie fakt, że moje zabiegi pielęgnacyjne nie mają tu nic do rzeczy. Czy dbam, czy też ignoruję obecność zielska w domu, ono za każdym razem zdycha.
Taka karma, taki lajf. Powinnam się z tym pogodzić. Może to wina tego, że mamy zupełnie nienasłonecznione mieszkanie? Latem to z pewnością cudowne, że można sobie posiedzieć w chłodku, ale brak słońca dla większości roślin jednak jest zabójcza. Tyle że zdarzało  mi się kupować roślinki, które wolą cień, a one i tak nie chciały ze mną współpracować. No i oczywiście, po raz kolejny w jakimś dzikim szale zakupowym postanowiłam, że kupię sobie ziółka, bo one na pewno tym razem przeżyją. A nawet urosną i będą mi służyć w mojej nowej, odchudzonej i zdrowej kuchni (oczywiście nie kuchnia została odchudzona, tylko ja). 
Niestety, okazało się, że i tym razem los nie był mi łaskawy. Po pierwsze, potrawy ze świeżymi ziołami wcale nie wydają mi się lepsze. szczerze powiedziawszy, w ogóle tych ziół nie czuję. Nie wiem, czy to moje spaczone wieloletnimi grzechami kubki smakowe nie chcą już reagować na tak subtelne smaki, czy też trafiły mi się wyjątkowo oporne sztuki. Po drugie, ziółka te nie rosną tak bujnie, jak przewidywała moja o wiele bujniejsza wyobraźnia. W głowie już planowałam, co zrobię z nadmiarem świeżej bazylii i zastanawiałam się, ile rosołu będę musiała ugotować, żeby pietruszka się nie zmarnowała. Tymczasem wszystkie ziółka (mam ich trzy) postanowiły, że sobie nieco opadną. Nie zeszły jeszcze całkowicie, ale obawiam się, że to tylko kwestia czasu. 
Takie moje pieskie szczęście...

wtorek, 25 października 2011

I kolejne słowa.

Nie mogę narzekać na nudę, jeśli chodzi o mojego syna. Jak tylko napisałam, że mówi za mało jak na dwulatka, to on postanowił pokazać mi, że jednak mówi dużo. I tak do naszego słownika doszło:
eka (ręka)
jako (jabłko)
ogi (nogi)
ama (reklama)
odi (samochody)

Z kolei ze słów, o których ostatnio zapomniałam:
buti
liść (bez jaj, mówi dokładnie LIŚĆ) 
auko (auto)
opa
usiu usiu
siusiu (nie woła jeszcze, ale mówi)
bach
łała (kaczka, ale krokodyl też) 

Pewnie zapomniałam o co najmniej kilku innych, ale to już nie ważne.
Patrzę tak na te słowa, z których część może zrozumieć tylko matka :) i tak sobie myślę, że warto by rozpisać jakiś konkurs pod tytułem "co moje dziecko ma na myśli". A najciekawiej będzie, jak dam słowo, którego sama nie rozumiem i będę z radością patrzeć na rozwiązania. Bo też zdarza mi się przytakiwać mojemu dziecku i nie mieć absolutnie żadnego pojęcia, co też ono do mnie mówi :) Czy to tylko ja, czy inni też tak mają?

sobota, 22 października 2011

Praca, praca, praca.

Aktualnie przerasta mnie praca. Cały czas właściwie o niej myślę. Cały czas przypominam sobie, co powinnam jeszcze zrobić, a czego jeszcze nie zdążyłam. Mam sporo do nadrobienia. Lekcje indywidualne, sprawdzenie kartkówek i sprawdzianów, napisanie kolejnych, przygotowanie się do lekcji, konkursy... Już nawet nie mam siły wymieniać, bo przypomniały mi się kolejne rzeczy.
A teraz z frontu rodzinnego. Pani doktor (tak, tak, jednak przyplątało nam się jakieś paskudztwo i swoją poprzednią wygraną mogę złożyć na karb przypadku) stwierdziła, że Adam mało mówi i powinien zobaczyć go logopeda. No i oczywiście kolejny raz powinien iść do alergologa. A ja wiem, co alergolog mi powie i wcale nie mam ochoty tam iść i po raz kolejny kłócić się z mądrą panią doktor. 
Co do mówienia - Adam rzeczywiście nie kwapi się do mówienia. Nie jest tak, że nic nie mówi, po prostu nie za bardzo ma ochotę konwersować na warunkach swojej rodzicielki czy też innych homo sapiens. Bo też chętnie sobie nadaje w swoim języku albo powtarza tylko pewne słowa, które mu się spodobają. Jednak kiedy tylko proszę go o wydanie jakiegoś dźwięku, żeby bodaj kwęknął albo krzyknął, ten zapiera się jak osioł. Ale mówi, owszem:

mamusia (ale też: mamy, czyli że coś jest moje)
buzia
tatuś
kamik
patik
pesiek
kotek
katek (to kwiatek:))
kóko ( to zaś kółko)
pa pa
baba
deszcz
mam
Adaś  
chcę
jajo
nos
oko
wosi (włosy)
be
aaa
ka (wszystkie rzeczy zakończone na "ka")
ko (wszystkie rzeczy zakończone na "ko")

 Także nie jest tak źle i mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej.