Dokonałam mordu. Żądza tego mordu rosła we mnie od chwili, kiedy tylko Adam wygenerował z siebie pierwsze kaszlnięcie. Od razu dołączył do tego glut i wizja dwóch tygodni w domu na antybiotykach. Antybiotyki jednak nie są takie najgorsze. Najgorsze było to, że ja aktualnie jestem rekonwalescentką po operacji i nie miałam ochoty siedzieć z nim i jego katarem na głowie, podczas gdy sama ledwo kwiczałam. Dlatego właśnie postanowiłam zabić, zamordować, zdusić w zarodku.
I udało się :) Jupi, hip hip hura, fanfary na moją cześć. Adam po raz pierwszy pokonał przeziębienie. Nie rozwinęło się w zapalenie oskrzeli, nie pogorszyło się, a właśnie odeszło niczym sen jaki złoty (obym nie pochwaliła się za wcześnie). Także świętujemy.