piątek, 23 września 2011

Morderstwo.

Dokonałam mordu. Żądza tego mordu rosła we mnie od chwili, kiedy tylko Adam wygenerował z siebie pierwsze kaszlnięcie. Od razu dołączył do tego glut i wizja dwóch tygodni w domu na antybiotykach. Antybiotyki jednak nie są takie najgorsze. Najgorsze było to, że ja aktualnie jestem rekonwalescentką po operacji i nie miałam ochoty siedzieć z nim i jego katarem na głowie, podczas gdy sama ledwo kwiczałam. Dlatego właśnie postanowiłam zabić, zamordować, zdusić w zarodku. 
I udało się :) Jupi, hip hip hura, fanfary na moją cześć. Adam po raz pierwszy pokonał przeziębienie. Nie rozwinęło się w zapalenie oskrzeli, nie pogorszyło się, a właśnie odeszło niczym sen jaki złoty (obym nie pochwaliła się za wcześnie). Także świętujemy.

piątek, 2 września 2011

Przedszkole...

...a właściwie Zespół Żłobkowo - Przedszkolny, ale mniejsza o nazwy. Jest tam grupa dwulatków, do której mój syn ma zaszczyt uczęszczać. Jak na razie drugi dzień. W pierwszym dniu było źle. Płacz, wycie i to ciągłe "mama, mama !!!!!!!!!!!!!!!!!!" wykrzyczane milion razy z całej siły. Nie dałam się. Było mi go szkoda, ale nie ma innego wyjścia, musi się przyzwyczaić i, jak znam życie, pokocha przedszkole z całego serca. Drugi dzień wcale nie lepszy. Wszedł do przedszkola z uśmiechem na ustach, ale już wprowadzenie go do sali zaowocowało wrzaskiem. 
Przeżyjemy.