poniedziałek, 21 lutego 2011

Kot.



Nie może być tak, że równorzędny członek rodziny zostaje zapomniany i zaniedbany. Dlatego też, ponaglana przez kyja, biję się w pierś. Zapomniałam o kocie.
Otóż kot jest Guciem. A dokładnie rzecz biorąc Gustawem, bo w tym wieku to już troche nie licuje z powagą swojej pozycji, żeby tak haniebnie zdrabniać jego imię. Oczywiście Gustaw nie przyjmuje swojego imienia do wiadomości i reaguje na cokolwiek tylko wtedy, kiedy jemu się chce. Niech i tak będzie, mnie to obojętne.
Gustaw został wzięty ze Świebodzkiego około 9 lat temu. Właściwie to „kupiony” za złotówkę, żeby się dobrze chował. No i chowa się doskonale. Pomijając kilka siwych włosów, wykazuje cechy charakterystyczne dla osobników młodych. Nadal tak samo harcuje, tak samo się cieszy i tak samo się bawi. Kondycję ma niezmienną, zdrowy jest jak ryba, ogólnie rzecz biorąc kot na schwał.
Niemal dwa lata temu dokonaliśmy na nim zbrodni straszliwej – wykastrowaliśmy go. Trzeba było, bo jego wrzaski stały się absolutnie nie do zniesienia. Przez tyle lat dawało się wytrzymać, bo może on się powstrzymywał, a może nie miał takich potrzeb. Jednak tamtej wiosny stwierdziliśmy, że to już za dużo. Jeśli kot drze się codziennie przez kilka godzin to człowiekowi może łeb peknąć. Do dziś nie wiem, czy mam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia, czy nie. Gustaw właściwie się nie zmienił, przestał tylko się drzeć.
Teraz Gustaw z pewnością czuje się nieco zaniedbany, bo odkąd Adam się pojawił, nie jest już tak rozpieszczany (a może go to cieszy, bo to właśnie on stawał się głównym odbiorcą moich gwałtownych porywów miłości, zanim przyszedł Adam :)). Adama toleruje z właściwym dla siebie spokojem. Najpierw się go bał (bo on boi się nawet swojego własnego ogona), potem zaczął godzić się niemal na wszystko (całe to głaskanie i bawienie się z kotkiem, szleństwo). Wdzięczna mu jestem za to, bo nie da się ukryć, że trochę się bałam, jak to będzie z kotem i z dzieckiem.
Adam  stosunku do zwierzęcia jest badzo delikatny i bardzo ładnie go głaszcze, czasem tylko zdarzy mu się mało subtelne pacnięcie. Także kot i Adam są ze sobą w zgodnej komitywie.

niedziela, 13 lutego 2011

Zmiany...


Męczymy się ostatnio z domowym szpitalem. Jest ciężko, bo Adam dostał zaplenia płuc i cały czas musieliśmy obserwować, czy przypadkiem nie powinien się znaleźć w szpitalu. Na szczęście wygraliśmy, choroba powoli ustępuje, a przynajmniej takie odnosi się wrażenie. I tu jeszcze na chwilę zatrzymam się przy wspaniałej polskiej służbie zdrowia. Otóż pani doktor rodzinna od razu wysłała nas do szpitala z podejrzeniem zaplenia płuc. Nie dała żadnych leków, nie zaproponowała żadnej alternatywnej możliwości. Mam jechać do szpitala, tam zbada go jeszcze jeden lekarz i może go hospitalizują, a może nie. A jak będą chcieli, a ja nie będę chciała, to odmówię hospitalizacji. Taaaa, już raz chciałam dziecko zabrać to mało na mnie opieki społecznej nie nasłali. I tu powstaje pytanie: po co jest lekarz rodzinny? Chyba tylko po to, żeby kierować do szpitala albo do innych lekarzy. Może to i dobrze, ale nie dla mnie. Szpital był dla nas udręką rok temu, kiedy to Adam siedział tam przez tydzień bez powodu i zrobię wszystko, żeby go przed szpitalem uchronić. Na szczęście wspaniała pani pediatra dała nam inne wyjście. Szkoda tylko, że tak można już tylko prywatnie, bo państwowo nikt odpowiedzialności nie weźmie.
A tak poza tym patrzę na tego mojego synka i nie mogę się nadziwić, jak szybko się uczy. Umie już powiedzieć nie tylko „tata”, ale też „daj, dzidzia i Adam”. Reaguje na część poleceń, które do niedawna były dla niego jedynie dźwiękami nie do rozszyfrowania. Umie już coś przynieść (daj), usiąść na leżaczku, kiedy go o to proszę, już od dawna reaguje na „nie wolno”, a ostatnio zaczął odróżniać takie słowa jak „kuchnia, łazienka” czy „pokój”. Kiedy tylko mówię, że tam idziemy to natychmiast tupta we właściwe miejsce. Nauczył się też pokazywać „nos, oko, buzia”, a ostatnio rozczula nas przytulaniem i dawaniem buzi. Nie macha ani nie mówi „papa”, co według niektórych źródeł powinien był robić około 11 miesiąca życia. Po prostu mu się nie chce i tyle. Być może wszystko robi nieco późno, ale co tam… Niech rozwija się we własnym tempie. A tak na marginesie, nadal nie mówi „mama”. Coś jakby „baba” zaczął ostatnio, a „mama” jak nie było tak nie ma. 
Kurczę, jak ten czas leci… Jak pomyślę, że kiedyś Adam tylko leżał i nie potrafił się nawet obrócić z boku na bok to aż nie mogę w to uwierzyć. Zmiany, zmiany, zmiany… A tata patrzy na to wszystko i nadal jest przyczajony niczym tygrys :)