Małżonek doszedł ostatnio do wniosku, że Adam jest w tak świetnym wieku, a my prawie nie robimy mu zdjęć. Fakt, okres ma wyraźnie bardzo dobry, chociaż nigdy nie był zły. Biega sobie po domu i uśmiecha się do wszystkich i do wszystkiego. Problem polega jednak na tym, że trzeba w obiektywie złapać tajfun, a to już nie takie łatwe. W jednej sekundzie patrzy w aparat, więc szybko naciskam spuścik, a tu Adam już się odwraca i w efekcie na ekranie widzę jego diaboliczną minę z jednym okiem i półuśmiechem. Wygląda to mniej więcej tak.
Wystarczyłoby mu włożyć nóż do ręki, żeby robił za laleczkę Chucky, tym bardziej, że z powodu braków w garderobie wyrodna matka postanowiła ubrać syna w żółto-różowe półśpiochy, które kupiła mu babcia.
Oczywiście, że Adam posiada również „normalne” zdjęcia, kiedy w końcu zdecyduje się stanąć na ułamek sekundy i zapozować, jednak są to chwile tak nieliczne, że udało mi się znaleźć jedynie dwa zdjęcia, z których jedno zaprezentuję.
Poza tym Adam ostatnio nauczył się przytulać „na zawolanie”. Najpierw ćwiczyliśmy przytulanie na misiu, potem na mamie i oba przypadki zakończyły się sukcesem. Oczywiście nie będę wyjątkiem wśród matek, jeśli stwierdzę, że jest to naprawdę wyjątkowo rozczulające. Niestety sukcesu edukacyjnego nie udało się złapać na zdjęciu, ponieważ trwa on mniej więcej 2 nanosekundy i nie daje się utrwalić na karcie pamięci.

