niedziela, 23 stycznia 2011

Zdjęcia.


Małżonek doszedł ostatnio do wniosku, że Adam jest w tak świetnym wieku, a my prawie nie robimy mu zdjęć. Fakt, okres ma wyraźnie bardzo dobry, chociaż nigdy nie był zły. Biega sobie po domu i uśmiecha się do wszystkich i do wszystkiego. Problem polega jednak na tym, że trzeba w obiektywie złapać tajfun, a to już nie takie łatwe. W jednej sekundzie patrzy w aparat, więc szybko naciskam spuścik, a tu Adam już się odwraca i w efekcie na ekranie widzę jego diaboliczną minę z jednym okiem i półuśmiechem. Wygląda to mniej więcej tak.

Wystarczyłoby mu włożyć nóż do ręki, żeby robił za laleczkę Chucky, tym bardziej, że z powodu braków w garderobie wyrodna matka postanowiła ubrać syna w żółto-różowe półśpiochy, które kupiła mu babcia.
Oczywiście, że Adam posiada również „normalne” zdjęcia, kiedy w końcu zdecyduje się stanąć na ułamek sekundy i zapozować, jednak są to chwile tak nieliczne, że udało mi się znaleźć jedynie dwa zdjęcia, z których jedno zaprezentuję.

Poza tym Adam ostatnio nauczył się przytulać „na zawolanie”. Najpierw ćwiczyliśmy przytulanie na misiu, potem na mamie i oba przypadki zakończyły się sukcesem. Oczywiście nie będę wyjątkiem wśród matek, jeśli stwierdzę, że jest to naprawdę wyjątkowo rozczulające. Niestety sukcesu edukacyjnego nie udało się złapać na zdjęciu, ponieważ trwa on mniej więcej 2 nanosekundy i nie daje się utrwalić na karcie pamięci.

środa, 19 stycznia 2011

Mama, tata i Adam.


Przedstawmy się.
Ja jestem Agnieszka. Kobieta z nadwagą, która wciąż dąży do wymarzonej sylwetki i stawia sobie w życiu mniej lub bardziej realne do zrealizowania cele. Wygląd (oprócz wagi) mniej ważny, bo po trzydziestce to średnio da się wyglądać jak miss świata. Określa mnie bycie matką i żoną, a dopełnia bycie nauczycielką. Wszystkie dzieci nasze są, niektóre bardziej, niektóre mniej. Jestem wariatką i nie potrzebuję do tej diagnozy żadnego psychiatry. Mój mąż uważa, że pragnienie złamania sobie kończyny czy też miłość do swoich siwych włosów są najlepszym tego dowodem. Wierzę też w krasnoludki i Świętego Mikołaja. Gdyby ktoś wiedział, co jeszcze czai się w mojej głowie, pewnie zamknąłby mnie w wariatkowie.
Mąż Marcin. Człowiek poważny, spokojny, wyważony. Zdecydowanie bardziej normalny niż ja. Odpowiedzialny mąż i ojciec, raczej nie domaga się uwielbienia tłumów. Dlatego też do tej pory oparł się pokusie tworzenia bloga. Wystąpi tu jako postać czająca się (jak w przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku).
Syn Adam. Według USG miał być córeczką, ale nam od początku coś nie pasowało i wysnuwając wnioski z pleców naszego dziecięcia (tylko to zdecydował się nam pokazać na USG 3D) wiedzieliśmy, że będzie to chłopiec. Potomek przyszedł na świat 19 listopada 2009, ważył 3 kilo, a mierzył 53 cm (jak każda prawdziwa matka polka muszę się tym faktem pochwalić). Rósł sobie powoli, dzięki czemu doszedł do stanu dzisiejszego, czyli około metra, ponad 10 kilo i skończonego roku.
Kilka informacji dodatkowych. Agnieszka i Marcin występują teraz najczęściej pod pseudonimami Mama i Tata, żeby synowi było łatwiej zapamiętać. Od dzeisięciu lat są ze sobą, od prawie sześciu w szczęśliwym związku małżeńskim. Pod tym względem nudno. Żadnych zdrad, morderstw, bicia, picia ani hazardu w rodzinie nie stwierdzono (nie to co w Modzie na Sukces czy takim Klanie). Zwykłe życie. I to jest piękne.